Actions

Work Header

Fanatyk

Summary:

Daniła otrzymał w spadku po swoim przyjacielu schowek ulokowany w samym sercu Prypeci. Na samą myśl o wyprawie do tego miejsca stalker ma gęsią skórkę. Nigdy nie przepadał za Prypecią i jej okropnymi "mieszkańcami"... Ale czy na pewno słusznie?

Notes:

Przed wami opowiadanie, które powstato
jeszcze w 2019. Szkoda było mi je tak
zostawić, więc postanowiłam, że trochę je
przerobię i wrzucę tutaj.
Mitego czytania!

Work Text:

    Pomarańczowe łuny, przypominające znaną ludziom z północy zorzę polarną, pokrywały odziane w fiolet niebo. Emisje są zabójcze, ale niebo po nich – piękne. Będąc na dachu wysokiego prypeckiego bloku miało się wrażenie, jakby było na wyciągnięcie ręki. I tak właśnie, naiwnie jak dziecko, w stronę tegoż nieba rękę wyciągał Świt. Wiatr świszczał w pozbawionych szyb oknach, trzaskał drzwiami mieszkań, ale Monolitowiec nie zwracał na to uwagi. Ułożył się na wznak z plecakiem pod głową i w milczeniu podziwiał nieboskłon. Do rzeczywistości przywrócił go dopiero snork, który wskoczył na dach. 

   Mutant w paru skokach znalazł się przy Monolitowcu, jednak nie odważył się go ruszyć. Schował się za kominem i groźnie powarkując, co chwilę wyglądał ze swojej kryjówki. Świt usiadł i przetarł oczy. Wymacał w plecaku konserwę i uprzednio ją otwierając, podsunął mutantowi. Snork niepewnie obwąchał puszkę, rzucił okiem na Monolitowca, po czym zaczął niezgrabnie wyjadać zawartość konserwy. Nie wydawał się wcale aż tak groźny, kiedy próbowało się w nim zobaczyć człowieka, którym z resztą kiedyś był. Jakaś niepojęta siła oszpeciła go i zezwierzęciła do tego stopnia, że zmienił się w takie paskudztwo. Przecież kiedyś mógł być żołnierzem, mógł mieć rodzinę i może wcale nie chciał trafić do Zony... 

   Świt westchnął i podszedł do skraju dachu. Z takiej wysokości widać było prawie całą Prypeć. Jej ziejące pustką bloki, chodniki powykręcane przez anomalie, słynny diabelski młyn i dom kultury „Energetyk". W połączeniu z poemisyjnym niebem ten widok robił niezwykłe wrażenie. Trudno było oderwać od niego wzrok. Nawet snork przestał na chwilę warczeć i jednym skokiem zbliżył się do skraju dachu. Spojrzał w dół, ale szybko cofnął się do tyłu. Zanim Świt zdążył popatrzeć w jego kierunku, mutant już skakał po dachu sąsiedniego bloku. Stuk jego butów cichł, aż snork zniknął na schodach pożarowych. Na mnie też pora, westchnął Monolitowiec i najciszej jak umiał otworzył właz, którym wyszedł na dach.

★★★

   Daniła powoli posuwał się do przodu, co chwilę sprawdzając drogę śrubami. Nigdy się z Prypecią nie lubili. Za każdym razem, kiedy tam przychodził, spotykało go coś złego. Emisja, stado snorków, oddział Monolitu, burery, a nawet chimera. Wcale nie chciał odwiedzać „martwego miasta”, ale miał do opróżnienia schowek przyjaciela... martwego przyjaciela. 

   Daniła dość mocno przeżył śmierć Szybkiego. Pochował go w Agropromie, zachowując wszystkie stalkerskie honory. Do końca miał nadzieję, że uda się go uratować. W przeciwieństwie do samego zmarłego, który mając pewność, że jego koniec jest bliski, podał przyjacielowi współrzędne swojego schowka. Daniła długo nie mógł się zebrać, żeby pójść po tą skrytkę. W końcu jednak nastał ten okropny dzień. 

   Zatrzymał się przed budynkiem, który – wnioskując z wyblakłych, dziecięcych malowideł zdobiących ściany – służył kiedyś jako przedszkole. Stalker spojrzał na mapę w PDA, a później znowu na przedszkole. Gdzieś za nim znajdował się schowek. Powoli ruszył w kierunku drzwi, które ostrożnie trącił lufą karabinu, po czym zajrzał do środka. Podłoga usłana była dziecięcymi rysunkami, od ścian płatami odchodziła farba, a drzwi do małych salek ledwo trzymały się na starych zawiasach. Daniłę przeszedł dreszcz. To wnętrze wyglądało jak wyjęte z jakiegoś taniego zachodniego horroru. Tylko tym razem to on był protagonistą.

   Stalker błądził krętymi korytarzami, szukając drzwi prowadzących na dziedziniec. Stąpał bardzo ostrożnie i zamierał za każdym razem, kiedy jakaś poluzowana deska trzeszczała pod jego ciężarem. Nawet jeśli budynek wydawał się opuszczony, Daniła wolał dmuchać na zimne. Po co kusić los? Zwłaszcza, że Zona bywa kapryśna. Już różne figle mu płatała. Wcale by się nie zdziwił, gdyby nagle z którejś z salek wyskoczył na niego snork. Albo od razu chimera. Dziwne – myślał stalker — że do tej pory jeszcze żadnej nie spotkałem. 

   Po kilku minutach szukania, które w odczuciu Daniły trwały wieki, w końcu trafił na odpowiednie drzwi. Znajdowały się we wnęce w prawym skrzydle budynku. Nie różniły się niczym od pozostałych – też były drewniane i odrapane z farby. Zaraz obok nich było okno – brudne, z jedną dużą pajęczynką na środku szyby – wychodzące na ten sam dziedziniec. Stalker ostrożnie przez nie wyjżał. Miał przed sobą plac zabaw. Zjeżdżalnię, karuzelę i dwie huśtawki... Daniła przetarł oczy ze zdziwienia. Na jednej z nich huśtał się Monolitowiec! Stara konstrukcja skrzypiała pod jego ciężarem, ale wcale nie wyglądał na przejętego tym faktem. Patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Na jego lewym ramieniu bezwładnie zwisał Karabin Gaussa. Stalker powoli odsunął się od okna i przywarł do ściany. Dla pewności jeszcze raz sprawdził mapę, ale niestety, znajdował się we właściwym miejscu. Schowek był na zewnątrz, tuż pod zjeżdżalnią, a ta zaraz obok huśtawek i Monolitowca. Stalker westchnął i osunął się na podłogę, zapominając na chwilę o wszelkich środkach ostrożności. Wiszący na ramieniu AK zdarł ze ściany trochę tynku, wydając przy tym nieprzyjemny zgrzyt. Daniła przygryzł wargę. Miał tylko nadzieję, za nie zwróciło to uwagi Monolitowca ani jakiegokolwiek innego stworzenia, które mogło kręcić się w okolicy. Nie potrzebował kłopotów, chciał tylko zabrać te cholerne rzeczy i wrócić do Janowa. Wybrałeś „idealne" miejsce, Szybki — mruknął stalker — albo to ja wybrałem „idealny" moment.

★★★

   Świt stracił poczucie czasu. Nie miał pojęcia, jak długo huśtał się na tamtej huśtawce. Często mu się to zdarzało. Lubił dziwne uczucie towarzyszące tej czynności. Coś jak nostalgia. Tylko czy można odczuwać nostalgię za czymś, czego się nie pamięta? Reszta frakcji ganiała za „niewiernymi", ale jego niespecjalnie interesowało to zajęcie. Taka pogoń zawsze kończyła się dziurawym kombinezonem, bo nikt nie żałował na nich –wariatów i fanatyków – amunicji. Czasem po prostu nie rozumiał tej wrogości. W końcu nie robili nic złego. Po prostu wypełniali swoje obowiązki – pilnowali, aby nikt nie dostał się do Sarkofagu.

   Coś nieznacznie zachrobotało w budynku przedszkola i Monolitowiec zwrócił głowę w jego kierunku. To mogły być tylko tuszkany, te szkaradne, łyse gryzonie, których wszędzie było pełno. Nie były warte uwagi. Ale co jeśli to coś większego? Jakiś samotny snork, taki jak ten na dachu budynku? A może wcale nie coś, a ktoś...? 

   Świt zeskoczył z huśtawki, lądując na równych nogach. Zdjął Karabin Gaussa z ramienia i obszedł budynek dookoła, aby wejść przednim wejściem. Chciał zaskoczyć potencjalnego wroga.

★★★

   Stalker wyjrzał przez okno. Monolitowiec zgrabnie zeskoczył z huśtawki, odbezpieczył broń i ruszył gdzieś poza teren przedszkola. Pewnie coś odwróciło jego uwagę. Na wszelki wypadek stalker przeładował swojego AK i bardzo powoli, najciszej jak umiał, otworzył drzwi. Kiedy już wyszedł na podwórko w paru dużych krokach znalazł się przy zjeżdżalni. W małej budce pod nią, przykryta warstwą piasku, znajdowała się skrzynka. Daniła szybko ją odkopał, zgarnął całą zawartość nie zwracając uwagi, co dokładnie bierze, po czym wyskoczył z budki i dokładnie obejrzał teren. Czysto. Szybkim krokiem ruszył z powrotem w kierunku drzwi i dosłownie zamarł, kiedy te same się przed nim otworzyły.

   Stał w nich ten sam Monolitowiec. Widocznie to właśnie Daniła zwrócił jego uwagę. Skubany, zaszedł go od tyłu... Stalker odruchowo podniósł broń do oka, ale Monolitowiec lufą Karabinu Gaussa zahaczył o lufę AK tak, żeby ją opuścić. Nie miał na twarzy maski, więc Daniła dokładnie ją widział. Jego ciemne, lekko przymrużone oczy. Nie błyszczące i pełne nienawiści, a przygaszone i pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Z przeciętej, tudzież przegryzionej wargi, cienką strużką spływała krew. Stalker patrzył na niego chwilę, wciąż ściskając broń w dłoniach. Zawsze kojarzył tę frakcję z fanatykami i wariantami, z ludźmi, którzy postradali zmysły. 

   W pewnym momencie Monolitowiec odwrócił się na pięcie i wszedł do budynku. Daniła nie potrzebował słów, żeby zrozumieć ten gest. Mężczyzna nie chciał walczyć, darował samotnikowi życie i oczekiwał tego samego. Stalker myślał o nim jeszcze długo po tym, jak opuścił Prypeć. To spotkanie sprawiło, że pierwszy raz spojrzał na Monolitowca jak na człowieka. Takiego samego jak on tylko zagubionego i skrzywdzonego; skazanego na odrzucenie.

 

 

Series this work belongs to: