Actions

Work Header

Giaur

Summary:

Andrzej Wilmowski przyjechał do Egiptu na wakacje i szczęśliwie organizując wakacyjną wyprawę tak, a nie inaczej, nie musi już pełnić roli kierowniczej.
Są jednak obowiązki, do których Andrzej nadal się poczuwa i zawsze będzie się poczuwał.

Notes:

Słowem wstępu:
Podczas researchu na potrzeby innego fanficka, konieczna była lektura 9 tomu, który dla jednych jest kanonem, dla innych bardziej fanfiction.
Przy okazji w oczy rzuciło się, jak usilnie Zelga podkreśla ważność konfliktu między Smugą a Jusufem, to jak bardzo bliscy sobie byli kiedyś, oraz kilka sformułowań, które w świetle stylu pisania o sugerowanych wątkach queerowych w minionym stuleciu, po kilku dywagacjach doprowadziły do takiej właśnie interpretacji. Nie twierdzę, że to właśnie autor miał na myśli, ale materiał źródłowy bardzo ładnie posłużył za wszystkie "dowody" w tej sprawie.

W dialogach tego opowiadania zostały użyte dosłowne cytaty: opowieść Smugi o wydarzeniach w Danszawaj pochodzi prosto z kanonu, podobnie jak jego rozmowa z Jusufem. Krótki fragment z punktu widzenia Jusufa został również słowo w słowo przepisany z książki.

W całej historii zmieniony został udział Wilmowskiego, który tutaj się trochę bardziej udziela. Co za tym idzie, dwustronicowa rozmowa odrobinę się rozrosła. Jest to więc niejako jej rozwinięcie, dopowiadające to, czego kanon powiedzieć nie chciał, nie mógł lub nigdy nie zamierzał.
Ja mogę, chcę i zamierzam  :)

 

"Serce w cierpieniach gdy samotność widzi, chcąc mieć pociechę, wszystkich znienawidzi."
George Gordon Byron "Giaur"

 

Z podziękowaniami za wspomniane dywagacje dla call_me_el.

Work Text:

 

Buhajrat Karun, które, jak Wilmowskiemu udało już dowiedzieć się od Abeera, nosiło w starożytności nazwę Moeris, rozciągało się daleko, aż ledwie i to tylko dzięki dobrej pogodzie, byli w stanie dojrzeć drugi brzeg. Szaroniebieskie wody rozlewały się na blisko dwieście trzydzieści pięć kilometrów kwadratowych.

- Dokładnie dwieście trzydzieści trzy – sprecyzował jego rozmyślania Smuga poprzedniego dnia, gdy zapadła decyzja, że muszą owo jezioro zobaczyć.

Potwierdził tym samym wrażenie, że akurat te strony Północnego Egiptu były mu dość dobrze znane. Opisane w antycznych czasach przez Herodota i Diodora Sycylijskiego, jezioro mogłoby być nawet najstarszym naturalnym zbiornikiem wodnym na świecie, ale co do tego, zdania wciąż były podzielone, jak dowiedział się wówczas Wilmowski, strategicznie pociągając dalej rozmowę.

- Prawdziwy raj dla geologów. – Wilmowski uśmiechnął się, wodząc spojrzeniem od ruin Cokołów Bihamu, tak daleko jak tylko zdołał. Drugi brzeg majaczył w utrzymujących się nad wodą, lekkich chmurach. W świetle upalnego dnia doskonale widoczne Al-Fajjum wznosiło się nad wodą wieżyczkami meczetów i odcinało załamaniami murów od równomiernie łagodnego horyzontu. – I ornitologów – dodał po namyśle, bo odkąd tylko ruszyli brzegiem jeziora, naliczył już co najmniej dziesięć gatunków ptaków, o których musiał przyznać, że wie jedynie, iż bywają one w Egipcie albo na zimowanie, albo w okresie lęgowym.

Ukryte między palmami Cokoły Bihamu niegdyś wznosiły na sobie dwie wielkie figury, z których jedna twarzą zwracała się ku zachodowi, a druga ku wschodowi. Oddzielone od siebie o jakieś sto metrów, musiały sprawiać imponujące wrażenie. Fragmenty ruin, aktualnie wystawione w oksfordzkim Ashmolean Museum, zostały przewiezione w 1888 roku przez profesora Williama Petrie’a, a spośród nich najlepiej zachowanym był nos jednego z gigantów.

Wilmowski uśmiechnął się lekko na wspomnienie pogawędki o skarbach archeologicznych Egiptu, która swego czasu zajęła im w Kairze prawie pięć godzin, a zajęłaby pewnie i drugie tyle, gdyby Sally nie zasnęła, a jemu i synowi trochę niezręcznie byłoby później wszystko to powtarzać. Uznał, że koniecznie muszą wrócić do tego tematu, zwłaszcza, że teraz mógł się pochwalić, że był osobiście pod Cokołami Bihamu. Miał też głębokie przekonanie, że wiedział, skąd zdobyć więcej informacji o tym regionie, by tym razem to on posiadał większą wiedzę niż zafascynowana Egiptem Sally. Bycie nauczycielem geografii jednak do czegoś zobowiązywało.

Kierowany tą myślą, rozejrzał się za przyjacielem, orientując się przy tym, że jego przystanek na podziwianie krajobrazu chyba nie został dostrzeżony przez zamyślonego nad czymś Smugę. Wypatrzył go dopiero po chwili, zaraz nad brzegiem jeziora, w cieniu palm. Przynajmniej nigdzie nie uciekał, było to jakieś pocieszenie, bo Wilmowski naprawdę swoje się już za nim nagonił i nie miał najmniejszej ochoty obiegać jeziora, by go odszukać. Co jakiś czas kontrolnie zerkając, czy Smuga nie oddalił się ze swojego miejsca pod palmami, rozglądał się ciekawie wokoło, przystając, by podziwiać malownicze jezioro otoczone z jednej strony pięknym miastem i malowniczą plażą, a z drugiej piaszczysto-skalistą równiną.

- Przypomnij mi proszę, kto opisał kolosy Bihamu jako strzegące skarbu? – rzucił na powitanie, gdy zbliżył się już na kilka kroków do przyjaciela.

Smuga oderwał wzrok od horyzontu i szybko zebrał myśli.

- Nabulsi. W XIII wieku naszej ery. Twierdził, że były właściwie nietknięte, co jest dość imponujące, zważywszy, że wzniósł je Amenemhat III w XIX wieku przed naszą erą.

Kolejny raz upewnił się, że powinien był przyjść do niego po garść ciekawostek jeszcze w Manaus, żeby zawczasu dysponować większym ich zasobem. Zważywszy jednakże, że póki co czekała ich obu jeszcze długa droga przez te tereny, nie uważał okazji za straconą. Dosiadł się obok Smugi, z ulgą witając cień palm nad głową. Widok stąd rozciągał się na jezioro aż po horyzont, gdzie już ledwo mógł dojrzeć cokolwiek, oślepiany palącym mocno słońcem.

W zacisznym cieniu palm byli jednak stosunkowo bezpieczni od upału i Wilmowski musiał kolejny raz odnotować, że rad był z przewidującej natury Smugi. Miłą odmianę stanowił brak konieczności pamiętania o względach bezpieczeństwa za kilka osób na wyprawie. Nie musiał martwić się o nic poza własnymi stawami, a czasem i o tym pamiętano za niego. Naprawdę doceniał taki sposób prowadzenia wakacyjnej wyprawy.

Mimochodem zerknął na Smugę, gdy tak siedzieli w milczeniu. Zamyślił się.

Wydało mu się już wcześniej, gdy szli nad jezioro, że coś zaprzątało myśli przyjaciela i to na tyle, by odseparowywać go od obecnej chwili. Wspomniał, jak na uwagę o tym, jak dobrze Smuga zna Egipt, usłyszał jedynie gorzki śmiech i komentarz o najdziwniejszych przygodach, jakie wydawały się za nim podążać. Nie otrzymał później odpowiedzi na swoją nieco poetycką refleksję o prowidencjalizmie ludzkiego losu i misji, jaką każdy z nich dostaje w życiu. Właściwie, to gdy się teraz nad tym zastanowił, od tamtego czasu Smuga milczał i gdyby sprawa dotyczyła kogoś innego, Wilmowski zacząłby już zapewne obawiać się, że jego rozmówca poczuł się urażony.

Co byłoby zrozumiałe, zważywszy, że poniekąd zasugerował wyjaśnienie dla owych dziwnych przeżyć przyjaciela, jako jego misję życiową. Każdy miał swoje miejsce na świecie. Niektórzy badali świat, inni chcieli go spopielić, jeszcze inni wzniecali rewolucje, a niektórzy, jak widać, w każdym zakątku świata wynajdowali najbardziej nieprawdopodobne koleje losu, które przychodziło im przetrwać.

Jednak Smugę Wilmowski znał już bardzo długo i przy kilku niepowiązanych ze sobą okazjach słyszał z jego własnych ust żart o byciu lepem na kłopoty. Ponadto nie wątpił, że w razie gdyby poczuł się dotknięty jego słowami, Smuga by mu o tym powiedział. Minęły już lata, gdy wahali się obaj, czy uchodziło im zwrócić temu drugiemu uwagę na takie rzeczy.

Na tę myśl znów się uśmiechnął. Naprawdę nie sądził, że tak się jego życie potoczy, gdy pewnego pamiętnego dnia zdecydował się przyjąć angaż na wyprawę do Ameryki Południowej.

- Może masz rację… - Niespodziewane przerwanie milczenia przez Smugę wyrwało go z zadumy. To było miłe, usłyszeć coś takiego, zwłaszcza od tego człowieka, ale Andrzej wolałby jednak wiedzieć, w czym mu ową rację przyznawano. Nim zdążył dopytać, Smuga zerknął na niego i upewniwszy się o czymś, doprecyzował. – Z tą misją. Że to nie od nas zależne.

Tego się akurat nie spodziewał, a gwoli sprawiedliwości dodać należy, że ostatnie lata nauczyły go spodziewać się już nawet najbardziej absurdalnych wydarzeń i zwrotów akcji w jego życiu. Tak gdzieś między ocaleniem ich przez meteoryt, a odszukaniem przez Tomka Smugi w skalnym mieście szykujących powstanie Kampów, w którym to przebywał w charakterze ich wodza, Wilmowski przewartościował swoje prognozy na ich dalsze wyprawy. Wydarzyć mogło się po prostu wszystko.

I pośród owego „wszystkiego” powinien zapewne znajdować się również moment, w którym jego przyjaciel, zdeklarowany sceptyk i nihilista, stwierdzi, że wierzy we wpływ Opatrzności na ludzkie losy i przypisane im odgórnie role, drogi i misje w życiu. Jednak nawet Wilmowski miał swoje granice wyobrażania sobie, co takiego „wszystko” mogło oznaczać, wobec czego moment ten nie figurował dotąd na owej liście.

Marszcząc brwi w namyśle, ponownie spojrzał na Smugę. Nie odnalazł na jego twarzy krzywego uśmiechu, który wyjaśniłby sprawę i odświeżył mu pamięć na temat tego, że poczucie humoru przyjaciela czasami odrobinę działało mu na nerwy. Nie tym razem.

- Mówisz poważnie? – Wilmowski spytał, gdy żadnych innych wniosków nie udało mu się wysnuć, a wiary nadal jakoś mu brakowało, by tak po prostu skwitować to ruchem głowy.

Ciężkie westchnienie uniosło i opuściło barki Smugi.

- Sam nie wiem.

Jego spojrzenie pozostało zwrócone na horyzont i było zbyt skupione jak na fakt, że nie znajdowało się tam nic, czemu mógłby się przyglądać.

- Jakieś wyjaśnienie być musi – Smuga mruknął jakoś ponuro. – Czemu się tak zawsze dzieje… wokół mnie.

Osobiście, Wilmowski miał podejrzenia i były one dalekie od uznawania złośliwości Opatrzności za główny powód ku temu. Bardziej skłaniałby się do wyjaśnienia owego fenomenu przez kilka faktów, które miał okazję osobiście zaobserwować przez ostatnie czternaście lat.

Po pierwsze, Smuga instynkt samozachowawczy owszem, miał, ale nie zwykł go przejawiać w chwilach, gdy wielkiego ryzyka albo wielkiej przygody wciąż można było uniknąć. Reagował i jakimś cudem – i tutaj jako cud Andrzej rozumiał wszechstronne umiejętności i inteligencję przyjaciela – udawało mu się wyjść z tego cało. Zazwyczaj.

Po drugie, rozumienie wielkiego ryzyka i wielkiej przygody jako synonimów mogło mieć również jakiś wpływ na to, jak toczyło się życie kogoś, kto był wszędzie, gdzie mógł, ze szczególnym wyróżnieniem miejsc, gdzie nikt nie chciał, by bywał i zamienił słowo przynajmniej z co drugim człowiekiem, którego tam spotkał. A potem wrócił do Hamburga, zabrał paczkę przyjaciół i popłynął tam jeszcze raz.

Po trzecie i najważniejsze, potrzeba adrenaliny przekładała się u Smugi ponad zwyczajnie ludzką obawę o własne zdrowie i życie, gdy przychodziło do decydowania o tym, co czynić należy. Rany zawsze można było opatrzyć, naboje dokupić, a spory zażegnać, a kolejna okazja do przeżycia czegoś niespotykanego mogła się już nie nadarzyć.

I tak oto toczył się krąg niewyjaśnionych wydarzeń, wspierany przez ciekawość podróżnika i jego wysokie poczucie sprawiedliwości, w towarzyszeniu naprawdę niepokojącego miejscami nawyku zawierania znajomości z absolutnie każdą, nawet najbardziej wątpliwą do tej roli, napotkaną przygodnie osobą. Od szwagra maharadży, który wykonywał szalenie ważną i równie tajną pracę dyplomatyczną, przez przywódcę indiańskiego powstania, kończąc na Abeerze, który o Egipcie zdawał się wiedzieć wszystko, a Smugę tytułował „bratem” i wyraźnie nie posiadał się z radości na jego ponowne przybycie w te strony.

Tak, zdaniem Andrzeja Wilmowskiego, Smuga naprawdę nie potrzebował żadnego fatum, żeby ściągać na siebie wszystko, co mogło spotkać go na każdym krańcu świata, na jakim się zjawiał. Sam radził sobie wyśmienicie.

Tylko nie bardzo wiedział, jak mu to dyplomatycznie powiedzieć, by nie sprawić wrażenia oceniania go surowo i bez zrozumienia. Wbrew bowiem chociaż części opinii ludzi postronnych, Wilmowski naprawdę Smugę rozumiał. Znał go prawie półtorej dekady. Nasiąkł od niego zewem przygody, odrobinę szalonymi pomysłami i również odrobinę wątpliwie bezpiecznymi sposobami rozwiązywania napotkanych problemów. Zasmakował życia podróżnika wędrującego z całym dobytkiem na ramieniu i sztucerem w garści, pod niebem usianym setkami obcych gwiazd, gdy wokoło dżungla szumiała nocną pieśń. Widział u jego boku rzeczy tak przerażające, jak i piękne, i gdy o tym myślał, w całym swym zmęczeniu, z chorymi stawami i szlakiem blizn na skórze, naprawdę nie żałował życia, które wybrał, wyruszając z nim czternaście lat temu do Peru.

Był już po prostu zmęczony tułaczką. Nie miałby nic przeciwko takim wakacyjnym wyprawom jak ta, którą właśnie toczyli. Po prostu już żadnych więcej porwań, zaginięć, poszukiwania skarbów, depczącej im po piętach śmierci i mniej lub bardziej nielegalnych szczegółów ekspedycji. Chciał odpocząć i uważał, że mu się ów odpoczynek należał.

Dopiero po długiej chwili namysłu, odszukał w słowach przyjaciela coś, co zwróciło jego uwagę, mianowicie słowo „wokół”. Czy możliwym było, że rozpędził się trochę ze swoimi teoriami i Smudze wcale nie chodziło o niego samego? Oczywiście, ktoś zdolny do jechania pół dnia przez tajgę z kulą w ramieniu, bo nie miał czasu na udzielenie sobie pierwszej pomocy, raczej nie na tym się skupiał. Wilmowski zamyślił się głęboko, nim z brak pomysłu, spytał po prostu:

- Co masz na myśli?

Była to jedna z pierwszych oznak nici porozumienia, jaka zawiązała się między nimi lata temu pomimo wszystkiego, co ich od siebie odróżniało. Mówili sobie wprost, gdy siebie nawzajem nie rozumieli. To zaoszczędzało mnóstwo czasu i często chroniło przed nieporozumieniami. Chroniło też wyprawy, które wspólnie prowadzili i za które wspólnie odpowiadali.

Tym razem jednak jego pytanie spotkało się z namysłem, a nie szybkim doprecyzowaniem, o co Smudze chodziło. Wilmowski ponownie zmarszczył brwi, widząc jak ramiona przyjaciela kolejny raz uniosły się i opadły w ciężkim westchnięciu.

- Mam czasem wrażenie, że żyję na cudzy koszt.

Swego czasu Wilmowski zmuszony był polegać na nim nie tylko swym życiem, ale i finansowo, szykując się do przejęcia syna z Warszawy, podczas gdy sam nawet nie miał, gdzie mieszkać. Jak daleko sięgał pamięcią, nie przypominał sobie, by Smuga kiedykolwiek był cokolwiek komukolwiek dłużny. Kwestia nieszczęsnego jachtu, który Tadek chciał dla niego sprzedać pozostawała sprawą między nimi dwoma i Wilmowski się w nią nie wtrącał, choć nie umknęło mu, że musiał być to temat drażliwy. Nawet wobec Nixona, Smuga upierał się, by oddać mu fundusze poświęcone na wyprawę ratunkową dla niego.

- Nie chodzi mi o pieniądze – Smuga przerwał mu rozmyślania.

Kolejna kwestia, która jakoś sama się pojawiła. Czasem owszem musieli sobie mówić wprost, o co chodzi, by się zrozumieć. A czasami rozumieli swoje milczenie lepiej niż niektórzy ludzie swoje słowa.

- O co zatem?

- O życie.

Och, o tym naprawdę nie pomyślał.

- Mówisz…

- O tym, że podczas gdy ja żyję i mam się relatywnie nieźle, jest wiele osób, które miały wątpliwą przyjemność mnie spotkać i przypłacić to własnym życiem.

Wilmowski zawahał się już poważnie, tracąc z myśli wszelkie dygresje. Wychwycił, jak długim i złożonym zdaniem Smuga odganiał od siebie emocje związane z danym tematem. Słyszał to już wiele razy. Najlepiej odczuł to w Hemis.

Ta myśl pomogła mu zrozumieć.

Ostrożniej przyjrzał się kamiennej, niewzruszonej minie Smugi. Choć uważał, że znał go bardzo dobrze, wciąż wiedział o nim za mało, by domyślić się, czemu akurat teraz coś wydało mu się na tyle powiązane z tematem, który poruszyli ze sobą ostatni raz w Alwarze. Wtedy, gdy Smuga zdecydował się poprowadzić nielegalną wyprawę na Syberię i kierowany przeczuciem, Andrzej spytał, czy chodziło tutaj o to, że brata nie zdołał tak uratować, chciał więc ocalić stamtąd kogokolwiek. Nie mylił się wówczas.

Obawiał się, że nie mylił się i w tej chwili, nareszcie rozumiejąc posępność zadumy przyjaciela. Dla zyskania na czasie nabił fajkę i zaczekał, aż Smuga odruchowo uczyni to samo. Chwila ciszy między nimi nie była drętwa, ale daleko jej było do zwyczajnie swobodnej.

- Dlaczego teraz o tym myślisz? – Andrzej spytał cicho.

Wzrok Smugi zawiesił się na wędrujących ku górze obłokach dymu. Niemrawym ruchem wzruszył ramionami, ale nie zbył tematu. Gdyby to zrobił, Wilmowski by to uszanował. Zawsze to szanował. I zawsze otrzymywał taki sam szacunek, gdy to on nie chciał o czymś mówić.

Odniósł wrażenie, że tutaj akurat Smuga chciał o tym rozmawiać. Nie wiedział tylko, jak.

Dał mu długą chwilę do namysłu, czekając cierpliwie, czy dowie się czegokolwiek więcej.

- Byłem już w Egipcie kilka razy. – Usłyszał wreszcie i zdumiał się, początkowo nie rozumiejąc, czy była to zmiana tematu, czy naprawdę okrężny wstęp do odpowiedzi na jego pytanie. – Ostatnio w dość przykrym okresie napięcia między Anglikami a miejscowymi. – Zważywszy, jak częste były owe okresy napięcia, jeśli założyć, że nie trwało ono cały czas, Wilmowskiemu nie pomogło to umiejscowić opowieści w czasie. Zrobiło to kolejne zdanie, przy okazji rzucając trochę światła na to, po co Smuga zaczął mówić akurat o tym. – To było między wyprawą Tomka i Nowickiego do Meksyku… a wiadomością, która spowodowała moją pospieszną podróż do Indii.

A więc to tak mieli to nazywać. Wilmowski szczerze się zmartwił, słuchając sucho spokojnego tonu, w którym wiedział, że zwyczajnie nie pozwolono pojawić się niczemu, co Smuga w tej chwili czuł i myślał. Odebrał sobie nawet słowa, które mogłyby to jakoś zdemaskować.

- Zarabiałem wówczas na życie jako tropiciel i myśliwy. Wśród angielskich oficerów i dyplomatów byłem dość wziętym łowcą, ze względu na dobre stosunki z miejscowymi. Do dziś pamiętam to polowanie… Miałem nim kierować.

Znów urwał, a niepokój Wilmowskiego tylko wzrósł. Pamiętał historię o polowaniu na tygrysa w Bengalii. Widział na własne oczy efekty, jakie pozostały po tym zdarzeniu na stałe nie tylko na ciele, ale także, a może przede wszystkim w umyśle i zachowaniu Smugi. Tamten człowiek nie zginął przez niego, a przez własną nierozwagę. Wilmowski to wiedział i miał nadzieję, że chociaż częściowo wiedział to również Smuga. Jednak wiedział również, że sama tego świadomość nie zawsze pomagała pozbyć się poczucia winy.

Jemu nie pomogła.

- W ostatniej chwili coś mi wypadło i musiałem wyjechać na kilka dni. Poprosiłem znajomego o zamianę… - Podczas kolejnej przerwy, wyczekiwał już najgorszego. Co zaszło na polowaniu? Ile padło trupów i dlaczego Smuga winił za to siebie, skoro nawet go tam nie było? – Gdy wróciłem, zastałem piekło. Otóż jeden z oficerów postrzelił żonę fellacha z wioski Danszawaj, w pobliżu której odbywało się polowanie.

Winił się właśnie dlatego, że go tam nie było.

W ciężkim milczeniu obserwował stalowe, niewzruszenie spokojne spojrzenie przyjaciela, zwrócone znów na horyzont. Znał je lepiej niż by chciał, bo widział je więcej raz niż kiedykolwiek spodziewał się, że spojrzy śmierci prosto w oczy. On czynił to różnie, z lękiem o syna zamiast o siebie, z uporem, z nadzieją na cudowne ocalenie, z rozpaczą. Z nienawiścią. Zaś Smuga patrzył właśnie w ten sposób, gdy przychodziło po nich coś silniejszego niż nawet najsilniejsza ludzka wola walki.

Pozwolił mu milczeć długo, aż znów nabili fajki. Czuł, że Smuga jeszcze nie opowiedział mu całej historii i nie zamierzał go z tym ponaglać. Wreszcie cisza pękła samoistnie, bo Smuga znów zaczął mówić.

- W odwecie fellachowie zaatakowali myśliwych. Po obu stronach byli ranni, a jeden z nich, tak się nieszczęśliwie złożyło, że był to Anglik, umarł… Przyjaciele mówili mi, że gdybym tam był, nie doszłoby do walki. Możliwe, że mieli rację. Dobrze znałem fellachów. Wierzyli mi. Cenili mnie także Anglicy.

Oczywiście, wszyscy zawsze cenili tego człowieka, ze wszystkimi potrafił się dogadać. I wszystkim łatwo było mówić, że potrafiłby uczynić wszystko, co dla innych było niemożliwe. Całe grupy ludzi bezradne, ale jeden człowiek, zawsze jeden człowiek miał jakimś cudownym sposobem temu wszystkiemu zaradzić.

Może nie irytowałoby to Wilmowskiego aż tak bardzo, gdyby nie to, jak wiele podobnych rozważań nasłuchał się przez ostatnie lata.

Dość niedawno musiał się naprawdę hamować, by nie odpowiedzieć coś na ten temat Wilsonowi, gdy ten narzekał pod nosem przez pół drogi, że gdyby Smuga podróżował z nimi, nie trzeba by się tłuc pociągiem aż do Gran Chaco czy Mato Grosso, bo on na pewno by coś wymyślił. Wilson zamilkł wtedy nareszcie, uciszony przez Tomkowy komentarz o tym, że gdyby Smuga rzeczywiście tutaj był, to nie byłoby potrzeby organizowania drugiej wyprawy w głąb Ameryki Południowej.

Dokładnie, chciał wówczas powiedzieć, ale nie powiedział, bo ktoś musiał sprawiać wrażenie ugodowego i zawczasu kończyć niesnaski, nim stałyby się sporami. Trzeba było go nie posyłać w dżunglę. Trzeba było zrobić, jak mówił i nie wysyłać na śmierć tamtego chłopca, to nikt z nich nie musiałby jechać w dusznym przedziale ostatniego pociągu z La Paz, naprawdę.

Rewolucyjny pomysł: przestańmy winić ludzi za coś, co się stało, bo nie zrobiliśmy tego, co mówili, żebyśmy zrobili, bo inaczej stanie się coś, co się właśnie stało.

Najbardziej irytowało go co innego. Irytowało i martwiło jednocześnie, bo gdy patrzył na Smugę teraz, czy przy innych okazjach, gdy pojawiał się ten temat, nie mógł opędzić się od wrażenia, że w którymś momencie życia Smuga musiał uwierzyć w to ludzkie narzekanie na jego brak jasnowidzenia i daru bilokacji, by pomóc wszystkim naraz. Nie gniewało go, że ludzie go o to winili, bo skrycie przyznawał im rację. Skrycie lub otwarcie, jak w tej chwili.

Chciał to powiedzieć, ale się spóźnił. Smuga wstrząsnął głową.

- No cóż, nie da się już tego sprawdzić. Ale to jeszcze nie wszystko. Wiadomo było już wcześniej, że w niektórych środowiskach egipskich budzi się poczucie narodowej tożsamości. Tego Anglicy bardzo się obawiają. Nieszczęsne wydarzenie uznano więc za bunt. Nie na wiele się przydało, że walczyłem usilnie z taką interpretacją.

Zatem nie tylko dwie osoby ucierpiały. Andrzej niegdyś sam za blisko był ruchów rewolucyjnych, by łudzić się, co władze zaborcze czynią w sytuacji podejrzenia zorganizowanego buntu, bez względu na to, czy ten bunt faktycznie istniał, czy tylko tak napisano w raportach.

Spodziewał się, że wioskę spotkał pogrom. Kilkanaście, kilkadziesiąt trupów?

Już rozumiał, czemu nigdy wcześniej o tym nie słyszał…

- Mówiono potem, że gdyby nie działalność kilku ludzi, w tym moja, wyrok byłby o wiele surowszy. A tak… powieszono czterech fellachów… „tylko czterech”, jak mówiono. Innych zaś wychłostano. Było to w lipcu 1906 roku.

To powinien być koniec historii, ale nie był, Andrzej widział wyraźnie, że w zwłoce, by mówić dalej, było coś znacznie zbyt spokojnego, by nie była ona wymuszona. Nie było zatem pogromu. Mogli przypisać mu sześć trupów, z których żadnego nie zabił. A może pięć, bo nie dowiedział się jeszcze, czy postrzelona kobieta przeżyła. I jak sam powiedział, Smuga zrobił wszystko, co zdołał, by ratować tych ludzi. Ocalił zapewne pół wioski przed podobnym losem. Ale powieszono cztery osoby. Nikt, komu odruchy ludzkie nie były obce, nie uznałby tego za zwycięstwo.

- Trudno cię winić, Janie – odezwał się wreszcie, bo czuł, że powinien coś powiedzieć. Jednocześnie nie chciał uprzedzać nijak tego, czego jeszcze nie usłyszał.

Bo na pewno było coś jeszcze. Finał tej historii. To najgorsze, czego Smuga wcale nie chciał mówić, sądząc po tym jak wciąż milczał. Może nie chciał, tylko potrzebował wreszcie komuś o tym powiedzieć.

- Toteż się nie winię. Czuję się tylko odpowiedzialny.

- W tej sytuacji wiele osób uznałby to za właściwie to samo – zauważył cicho. Chciał znów zamilknąć i dać mówić jemu, ale widząc gorzki uśmiech, nie zdołał się powstrzymać. – Nie, Janie. Zrobiłeś wszystko, co mogłeś zrobić.

- A zatem powinienem był móc zrobić więcej. Znaleźć sposób, by dało się zrobić więcej.

Słuchając ciężaru jego słów, Wilmowski pokręcił głową powoli.

- Czasami nie ma tego sposobu.

- Zawsze jest jakiś sposób.

W ten sposób mogli rozmawiać godzinami i nigdy nie dojść do porozumienia.

- I może właśnie znalazłeś ten sposób? – Na te słowa Smuga odwrócił na niego wzrok. – Po tym, co zaszło… nie wierzę, by Anglicy oszczędzili kogokolwiek z tej wioski. Zabili cztery osoby. I to jest tragedia. Ale wioska przetrwała. Nie wierzę, by zdołała przetrwać, gdybyś tego nie wywalczył. Może to właśnie był ten sposób. Więcej niż człowiek mógł uczynić. Ocaliłeś ile osób… kilkadziesiąt?

- Za cenę czterech – gorzko dodał Smuga.

- Nie ty wybrałeś tę cenę. Nie na tobie spoczywa odpowiedzialność. Tamtych ludzi zabili Anglicy. Zabiliby ich więcej, może wszystkich… ale im na to nie pozwoliłeś. Ocaliłeś wiele osób. Nie wszystkie… bo nigdy nie da się ocalić wszystkich. Ale ty ocaliłeś więcej, niż byłeś w stanie… - Mówiąc, widział, jak stopniowo Smuga na nowo zmuszał swoje spojrzenie do obojętności. Odwrócił wreszcie głowę zupełnie, by ukryć przed nim, jak bardzo źle się czuł z tymi słowami. Andrzej powtórzył raz jeszcze, by na pewno to między nimi wybrzmiało. – Zrobiłeś więcej, niż człowiek był zdolny zrobić.

- Może. – Usłyszał wreszcie cichą, bardzo ponurą odpowiedź. – Ale to i tak bez znaczenia.

- Dla osób, które przeżyły…

- I zostały spędzone jak bydło na egzekucję swoich bliskich – przerwał mu ostry szept. – Tak, Andrzeju, dla tych osób to jest bez znaczenia. Obiecałem znaleźć rozwiązanie. I cztery osoby zginęły. To nie ma znaczenia, ile z nich mogło umrzeć, gdybym nic nie zrobił. Znaczenie ma to, że cztery z nich zginęły. I żadne wyliczenie tego, jak bardzo negocjowałem z Anglikami nigdy tego nie zmieni. – Umilkł tylko na moment, by mocniej zacisnąć szczęki. Głosem nie silniejszym od szeptu, mówił dalej. – Znaczenie ma to, że w Danszawaj są cztery groby, których by tam nie było, gdybym wtedy to ja prowadził to polowanie i nie pozwolił tamtemu durniowi postrzelić Tahiry.

Wilmowski w ostatniej chwili opanował gniewne oczekiwanie obwinienia za to Anglików, którzy nie tylko oddali pierwszy strzał, ale też spacyfikowali Danszawaj. Powstrzymał go detal, który wręcz zakuł jego uwagę. Detal, od którego cała historia nabrała sensu.

- Znałeś ich prywatnie. – Smuga zerknął na niego krótko, jakoś ostrzej. – Tamtych ludzi, którzy walczyli, kobietę, która została postrzelona. Znałeś ich imiona.

- Przebywałem z nimi przez jakiś czas. – Odniósł wrażenie, że odpowiedź była dziwnie wymijająca.

To nie było jednak ważne, bo i tak zmierzał do czegoś innego.

- Czy znałeś również tych, których zamordowali Anglicy?

Nie otrzymał odpowiedzi od razu i to mu wystarczyło, by już rozumiał. Z żalem spojrzał na pozbawioną śladów emocji twarz przyjaciela, tylko trochę dla niego widoczną, gdy Smuga siedział bokiem i wpatrywał się w jezioro.

- Znałem. Jednego z nich w szczególności.

Wszystko miało już dla Wilmowskiego sens. Obserwował uważnie, jak Smuga odetchnął głęboko i przez moment wydawać by się mogło, że nie powie już nic więcej. Nie zdziwiłoby to Andrzeja, bo po prawdzie odrobinę dziwiło go, że usłyszał aż tak wiele.

- To był krewny najbliższego mi w Egipcie człowieka.

Wilmowski zmarszczył brwi raz jeszcze. O ile dobrze rozumiał, Abeer serdecznie lubił Smugę i ani jeden raz nie dał odczuć, by go za cokolwiek winił.

- Bliższego niż Abeer… - Usłyszał w kolejnej chwili i to powinno mu to wyjaśnić, ale nie wyjaśniło.

Wilmowski zawahał się bardziej niż przed chwilą. Nie znał arabskiego, podłapał tylko kilka zwrotów przez czas pobytu tutaj. Nie powiedziałby też, że znał dobrze egipskie zwyczaje. Wiedział jednak z całą pewnością, że muzułmanie nie używają zwrotu „bracie” wobec giaurów, jak nazywają ludzi innej wiary niż własna. Tymczasem Abeer tak właśnie określał Smugę, może i nie jakiegoś gorliwego katolika, ale na pewno ochrzczonego według tej właśnie religii. Przynajmniej takie wrażenie miał Wilmowski i nigdy nie został wyprowadzony z błędu, jeżeli nim ono było. Tak czy inaczej, Smuga na pewno nie wyznawał islamu, dla muzułmanów był więc giaurem.

Co za tym szło, Abeer był ze wszech stron możliwie najbliższym Smudze człowiekiem spośród tych, których spotkali. Nawet w Alwarze, choć nazywany „szikarem” a nie „sahibem”, Smuga nie był przez nikogo zrównany z własną rodziną, jak uczynił to Abeer Szekeil.

Nie potrafił sobie wyobrazić, że mógł być tutaj ktoś jeszcze bliższy mu od niego.

Jeśli Smuga zauważył jego namysł, zignorował to, dokańczając historię.

- To syn Kopta i Arabki, przypadek bardzo rzadki w Egipcie. Do niego właśnie jedziemy. Pełni zaszczytną tutaj funkcję szejka, to jest wójta gminy. Ale niezależnie od tego był i jest znaną i cenioną osobistością…

Co tylko potwierdzało wcześniejszą tezę Wilmowskiego o tym, że Smuga musiał zaprzyjaźniać się z wpływowymi, niebezpiecznymi ludźmi w każdym kraju, do którego zawitał. To jednak dalej nie wyjaśniało całej sprawy na tyle, by zrozumiał, skąd brało się to spojrzenie gotowości do stawienia czoła najgorszemu, co może ich spotkać.

- Po co do niego jedziemy?

Widział wyraźnie, jak Smuga napiął ramiona na te słowa. Jakby pytanie, które usłyszał było co najmniej niestosowne albo nie miało jednej, słusznej odpowiedzi.

- Może mieć cenne informacje.

Nie przekonało go ani to, ani głuchy ton odpowiedzi.

- Takie, których nie ma nikt inny w Egipcie?

Smuga westchnął i posłał mu zrezygnowane spojrzenie.

- To pomysł Abeera – mruknął. – Męczy mnie o to od Kairu.

A zatem o cokolwiek tutaj tak naprawdę chodziło, Abeer był lepiej zorientowany w temacie, niż on sam. Dodatkowo Wilmowski dotychczas nie był świadomy, że był jakiś element ich wyprawy, do którego Smuga był przekonywany.

Owszem, Abeer bardzo często z nim rozmawiał i czasami rozmawiali po arabsku, a on przyzwyczaił się już do tego, że Smuga mówi językami i nie wnikał, ale jakoś nie odniósł wrażenia, by były to rozmowy „męczące” go o przybycie tutaj.

- Zależy mu, żebyście się pogodzili – zaryzykował, licząc na więcej informacji, bo na tym co miał, nie umiał pracować.

Smuga prychnął w odpowiedzi, niby gorzko, ale z jakimś rozbawieniem.

- Abeer wziął się za układanie ludziom życia, bo swoje ułożył i nie ma co robić. – Zabrzmiało to dość ciekawie, Wilmowski zawahał się, ale zmilczał uwagi. Poczekał, czy Smuga coś jeszcze powie i nie przeliczył się. – On nas poniekąd… ze sobą poznał. Myślę, że na swój sposób czuje się odpowiedzialny za to, jak to się wszystko skończyło. – Ciężkie westchnienie przerwało Smudze na moment, nim dodał ponuro, ale jakoś… ostrożniej? – Gdy spotkaliśmy się w Aleksandrii, dwa dni mnie zapewniał, że po moim wyjeździe rozmawiał z Jusufem o tym… wszystkim.

Wilmowski skwitował to ruchem głowy. A więc człowiek, do którego jechali, nazywał się Jusuf. To już było coś. Za mało, ale szli w dobrą stronę.

Kolejny raz jego ewentualny komentarz uprzedził Smuga, mówiąc dalej.

- Gadał i gadał, aż wreszcie się zgodziłem. I oto jesteśmy. – Wymownie potoczył spojrzeniem po Jeziorze Karun przed nimi.

Powoli zaczynali do czegoś dochodzić. Takim tempem zapewne zejdzie im do wieczora, nim dowie się, o co tutaj chodziło, co Andrzej oszacował z cieniem rezygnacji, ale nie zamierzał się poddać. Skoro już rozmawiali i Smuga go nie zbywał, połowę sukcesu miał za sobą.

- I co… teraz żałujesz, że dałeś się namówić?

Nic innego nie nasuwało mu się na myśl jako wyjaśnienie. Smuga nie zareagował od razu, zaprzeczając takim podejrzeniom, nie przytaknął też, przyznając, że sam pomysł odwiedzania tego jednego człowieka w tym kraju, który go zapewne nienawidził, był raczej z tych średnich. W pierwszej chwili nic nie odrzekł, a gdy wreszcie to zrobił, miał ponury, cichy głos.

- Nie wiem.

Nie było to zbyt pokrzepiające i nie nastrajało optymistycznie w kwestii tego, ile zajmie im ta rozmowa. Wilmowski pokiwał głową w nieskrywanej zadumie. Tym razem jednak najwyraźniej oczekiwano od niego jakiejś reakcji, bo wobec jego milczenia, Smuga wycofał się szybko i dość nieudolnie.

- W każdym razie… to tak dygresyjnie było – rzucił usilnie swobodnym tonem. – Wracając do zabytków…

Nie rozmawiali o zabytkach już od bardzo dawna. Andrzej nie przejął się tą ucieczką, podjął temat łagodnie i z pełną powagą.

- Widziałeś się z nim od czasu egzekucji?

- Nie widzieliśmy się od tamtego lipca, ponieważ on mnie winił i nie chciał widzieć. Rozumiałem go w jego żalu i uczuciu zawodu. No a potem…

- Ale po samej egzekucji, widziałeś go? Rozmawiałeś z nim? – Był pewien, że Smuga zrozumiał pytanie i aspekt, na który nie odpowiedział. Zaczekał na ponure skinienie głową. – I co powiedział?

Tym razem zauważył ruch jeszcze zanim ramiona Smugi ściągnęły się mocno, zapewne do granicy bólu, a może i za nią.

- Mówiłem, winił mnie.

- Ale co powiedział? – Musiało być w tym coś, przed czym Smuga uciekał. Być może całe sedno tej rozmowy.

Obrzucono go uważnym, ale nieco ostrzejszym niż zwykle spojrzeniem.

- To nie ma znaczenia, mówię, rozumiem w pełni dlaczego…

- Co powiedział, Janku?

Był gotów pytać do skutku i nie dbając o to, jak bardzo defensywnie Smuga mógł zacząć odpowiadać. Byle tylko odpowiadał. Byle wreszcie komuś o tym opowiedział, skoro tak go to męczyło. Nie musiał być z tym sam. Wilmowski wierzył, że przyjaciel to wiedział, ale jeśli teraz o tym zapominał, to po to właśnie tutaj dalej z nim siedział pod palmami, by mu przypomnieć.

- Że zaprowadziłem mu brata na szafot.

- Więc to jego brat zginął…? – Wilmowski powtórzył, obserwując zarówno obojętną twarz, jak i zapamiętując, jak nieludzko martwy, niewzruszony był jego głos.

- Cioteczny, ale tak. Więzy rodzinne są w tych rejonach kulturowych bardzo ważne.

- Lubiłeś go? Tego, co zginął.

Smuga zawahał się, ale wzruszywszy ramionami, odrzekł, jakby to wszystko wyjaśniało:

- On nieszczególnie lubił mnie.

Ciekawe. Wilmowski zastanowił się na moment.

- Dlatego, że byłeś blisko z jego rodziną, a nie jesteś muzułmaninem?

Tym razem był pewien, że wahanie przyjaciela podszyte było jakimś zmieszaniem.

- Cóż, nie był to główny powód, ale tak, bycie giaurem nie pomogło.

Mimochodem odnotował sposób określenia tego i pytał dalej.

- Znałeś ich dobrze? Rodzinę Jusufa.

Natychmiast zwrócił uwagę, że w chwili wymówienia imienia, Smuga zmarszczył brwi. Czy spodziewał się, że będą rozmawiać o nim bardziej naokoło? Wilmowski nie rozumiał czemu mieliby, ale jeśli miałoby mu to pomóc, nie widział problemu.

- Tak. Mieszkałem u nich… jakiś czas.

- Poznałeś ich, gdy tam byłeś?

- Nie. Wcześniej, lata wcześniej.

- Czyli… gdy szukałeś zajęcia po naszej wyprawie do Afryki, przypłynąłeś tutaj. Do nich. – „Do niego”, chciał powiedzieć, ale ugryzł się w język. Miało być naokoło!

- Tak, to był… - Smuga westchnął nieco głośniej, gdy spojrzał na niego. – Powiedzmy, że zajęło mi dość długo zaakceptowanie tego, że przez resztę życia będę mieć choć częściowo niesprawną rękę. Dobrze znałem Egipt. Wydawał się oczywistym miejscem na chwilowe… przetrzymanie gorszych chwil. – Tych chwil, których nie chciał okazywać przy nich, więc zadbał o to, by oddzielało ich przynajmniej jedno morze. – Siedziałem tutaj dość długo, by poczuć się lepiej. I by wyrobić sobie jako taką reputację, znaleźć sobie zajęcie. – A zatem to nie za pracą tu przypłynął, praca znalazła się potem, gdy już tutaj był. – Co ostatecznie doprowadziło do sytuacji, które już ci opowiedziałem… a potem… potem wyjechałem na wyprawę do Indii.

Wilmowski nie zmarszczył brwi, ale odnotował do jak wielkiego eufemizmu posunął się Smuga zamiast powiedzieć, że napisał do niego umierający brat, o którym sądził, że nie żył od dwudziestu lat, więc rzucił wszystko, co miał i przebył ocean, by dotrzeć do Indii, przebyć pół kraju i napisać do nich z prośbą o pomoc, a potem utrzymywać konającego w mękach byłego zesłańca przy życiu tak długo, że ten zmarł dopiero w noc ich przybycia na miejsce.

- Wiedzą, czemu wyjechałeś? – spytał i widząc wahanie, dodał tonem wyjaśnienia. – Ludzie, u których mieszkałeś.

Skoro miało być na około, to się tego pilnował.

- Nie było okazji… poza tym… - Smuga znów odetchnął trochę ciężej. – Poza tym nie chcieli się ze mną widzieć. Żadne z nich.

- Pytałeś…

- Pytałem, tłumaczyłem, tak. – Czy również prosił? – Jeden z jego synów ostatecznie się ze mną spotkał, ale jedyne, czego się dowiedziałem, to, że mam nigdy więcej nie wracać w te strony.

Co właśnie zrobił. Dodatkowo Andrzej odnotował wzmiankę o „jednym z synów”.

- Ile ma dzieci?

- Dwóch synów.

- Znają cię obaj?

- Tak, mieszkałem tu… - Smuga przypomniał mu, z lekkim niezrozumieniem.

Mieszkał u nich, a nie tu. Zdaniem Wilmowskiego była to spora różnica, bo wobec tego wcale nie jechali spotkać się z dawnym znajomym, z którym Smuga trochę się pokłócił, ale z kimś, u kogo ten mieszkał przez jakiś czas, kogo znał już wcześniej, z kogo dziećmi się znał i kto… kto był mu najbliższym człowiekiem w Egipcie. Czy to dlatego?

- W jakim wieku ci synowie?

Przecież nie mógł spytać o wiek Jusufa.

- Jeden w wieku Tomka, drugi trochę starszy.

Pamiętał, że pomiędzy wyprawami do Australii i Afryki, Smuga nie pływał do Egiptu. Skoro więc jego przyjazd tutaj po drugiej wyprawie nie był pierwszym, musiał poznać całą tę rodzinę jeszcze wcześniej. Gdy obaj chłopcy byli dziećmi. Czy to wtedy poznał ich ojca na tyle blisko, by w chwili poczucia największej bezradności to do nich właśnie zwrócić się o pomoc i tak po prostu przypłynąć, by z nimi mieszkać?

- A jak się nazywają?

Smuga posłał mu lekko zirytowane spojrzenie.

- Andrzeju, książkę piszesz?

No dobrze, może mógł być odrobinę subtelniejszy. Pokręcił głową z małym uśmiechem.

- Nie, po prostu staram się prowadzić rozmowę, którą widzę, że chcesz prowadzić, ale nie chcesz mi czegoś mówić. Więc kluczę, aż dotrzemy tam, gdzie mamy dotrzeć.

Irytacja ustąpiła miejsca rezygnacji, gdy Smuga wzruszył ramionami niemal tak samo niemrawo i nieszczerze, co na początku ich rozmowy.

- Nie ma niczego, do czego mielibyśmy tutaj docierać.

Nie zaprzeczył jednak, że jest coś, o czym nie chciał przyjacielowi mówić. Wilmowski odnotował tak to, jak i kolejne odwrócenie spojrzenia na horyzont, by zmusić je do ukrycia emocji.

- Myślę, że coś jednak jest. Po coś mi o tym opowiadasz.

- Bo zadawałeś pytania.

- Bo znam cię i widzę, że coś cię gryzie. I wyjątkowo nie są to komary. – Choć jeśli będą tutaj tak siedzieć do zmroku, wiedział, że stanie się to nieuniknione.

Smuga posłał mu ciężkie spojrzenie, w ogóle nie doceniając tak ambitnego dowcipu.

- Nic mnie nie gryzie – mruknął i tym razem zamiast na horyzont, opuścił spojrzenie na wodę przed nimi, gdzie docierała do miękkiego, gorącego piachu. Ich dwa cienie kryły się w nieforemnej plamie cienia kilku rozłożystych palm. – Po prostu… Wydawałoby się, że minęło już tyle lat, a kiedy znów zobaczyłem Egipt, wszystko wróciło.

Czy to dlatego początkowo w ogóle nie chciał z nimi płynąć?

Wilmowski posłał mu bardziej zbolałe spojrzenie. Powinien się już przyzwyczaić, że były setki rzeczy, których nie wiedział o tym człowieku. Mimo to, z żalem przyjmował każdą z nich, gdy okazywała się być kolejnym smutnym sekretem. Najczęściej dotyczyły one bliskich, których Smuga stracił. Ludzi, na koszt których czuł, że żył. Bo on żył dalej. A oni już nie.

- I co, rozmyślasz nad tym, czy gdyby cię nigdy nie spotkał i się do ciebie nie zbliżył, Jusuf nie straciłby brata? – Udał, że nie zauważył zdziwienia, z jakim Smuga na niego spojrzał. Głównie dlatego, że go nie zrozumiał. Dlaczego miałby o tym nie mówić? Dlaczego miałby teraz zakończyć temat? Przecież widział, że Smugę to wciąż męczyło. – Polowanie odbyłoby się z tobą czy bez ciebie. To wszystko… to wszystko mogło się wydarzyć, choćbyś nigdy nie postawił stopy na egipskiej ziemi. Nie wywołałeś tutaj niczego, co się stało. Walczyłeś z konsekwencjami rzeczy od ciebie niezależnych. I przegrałeś. Ale porażka nie jest zbrodnią.

- Nawet taka okupiona śmiercią osób trzecich? – Smuga uśmiechnął się gorzko. – Doceniam, co próbujesz dla mnie zrobić, Andrzeju, ale…

- Próbuję ukazać ci w ten twój niepotrzebnie skomplikowany sposób, że to nie było zależne od ciebie. To nie była twoja wina. I jeśli Jusuf tego nie rozumie…

- Niepotrzebnie skomplikowany? – Smuga przerwał mu z urazą w głosie.

Zrobił to dziwnym trafem akurat w tej chwili. Ale dla dobra reszty konwersacji, Wilmowski postanowił póki co udawać, że nie był tego świadomy.

- Tak, niepotrzebnie skomplikowany. Włączający w to wszystkie „a co gdyby” i „ale mogłem”. Nie. Nie mogłeś. Zrobiłeś, co mogłeś. Zrobiłeś, ile było możliwe. I gdybanie o tym nie sprawi, że coś więcej stanie się możliwe i będziesz mógł bezpiecznie obwiniać się do końca życia, usprawiedliwiać cudze obwinianie ciebie, unikać rozmowy i konfrontacji, zupełnie nie próbując naprawiać relacji, na której ci zależy, bo przecież oczywiście, że łatwiej jest zaszyć się na końcu świata albo udawać, że sprawy nie było przez prawie pięć lat, albo spędzić tygodnie kłócąc się z kimś, kto próbuje namówić cię na domknięcie albo wyjaśnienie tej sprawy. Bardzo to nieskomplikowane, wiesz? Szalenie, wręcz powiedziałbym, że intuicyjne. – Milknąc, Wilmowski uzmysłowił sobie, że od dłuższej już chwili mówił, ignorując przy tym pełne zgrozy spojrzenie, a także, że mówił to z naganą w głosie, niemalże nauczycielskim tonem. Odchrząknął i machnął nerwowo ręką. – Taki przykład dla zobrazowania, co miałem na myśli.

- Wyjątkowo szczegółowy – Smuga mruknął, dalej się na niego gapiąc.

- Żeby nawet ktoś snujący nieskomplikowane plany zrozumiał – orzekł z uporem, bo do zapomnienia się na moment nie zamierzał się przyznawać.

- No bardzo ci dziękuję. – Do głosu Smugi wkradło się rozbawienie, gdy wzruszył ramionami.

Nawet odetchnął trochę głębiej. Zupełnie jakby zakładał, że niniejszym oznacza to płynne odejście od tematu i przejście w znacznie swobodniejszą, zwyczajną między nimi rozmowę albo wymianę paru żartobliwych docinków.

Lecz Wilmowski jeszcze nie skończył. Właściwie to był daleki od skończenia, bo w chwili, gdy wygarnął mu od serca, co myślał o jego sposobie radzenia sobie z tym, zaczęło do niego docierać coś, co wyjątkowo dodawało głębszego sensu nie tylko całej tej sytuacji, ale i ich rozmowie.

Tłumaczyło też, czemu Smuga mówił tak bardzo na około. I czemu jakby dziwił się za każdym razem, gdy Wilmowski wspominał tamtego człowieka z imienia. Jakby było ono czymś, czego nie wolno mu było przywoływać. Nie wolno było nadać tej historii imion, dat i słów jednoznacznie ją określających, bo wtedy musiałby ją przypisać konkretnie, nazwać, opisać. Wyznać.

A tak mogła być tylko jedną z tysiąca anegdot, jakie sobie opowiedzieli. A Jusuf mógł być tylko jedną z tysiąca osób, które Smuga poznał podczas swoich wędrówek.

- Pozwól, że wrócę do tego, co chciałem powiedzieć, nim mi przerwałeś…

Ale co, jeśli nie był?

Spojrzenie wróciło na niego, jakoś czujnie, może nawet ostrzegawczo.

- To nie była twoja wina – Andrzej rzekł powoli, z naciskiem. – I jeśli Jusuf tego nie zrozumiał przez ten czas, to najwyższa pora, byś przestał winić siebie za to, że przestaliście być sobie bliscy.

Nie umknęło mu ani stężenie jego twarzy, ani minimalny ruch ramienia, jakby odruchowego drgnięcia w zaskoczeniu, gdy dotarł do końca tego, co chciał powiedzieć. Ucieszył się skrycie i ze smutkiem w tle myśli, gdy mimo wszystko Smuga nie odwrócił już od niego wzroku.

- Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.

- Oczywiście. To nigdy nie jest łatwe. – Uśmiechnął się do niego delikatnie, ze smutkiem w zrozumieniu. – Bo znacznie łatwiej jest upierać się przy wierze, że to nie tak, że mogłeś zrobić więcej, że to po twojej stronie, że to ty zrobiłeś coś źle… łatwiej jest szukać tego u siebie… niż zaakceptować, że koniec mógł nie zależeć od ciebie. W ogóle. To mógł być wybór… tej drugiej osoby. I nic, co byś zrobił lub nie zrobił, nie mogło tego zmienić.

Smuga nie odwrócił się już bokiem do niego, by patrzeć na jezioro, ale opuścił wzrok na kamienie, na których siedzieli. Bardzo długo milczeli, on bo powiedział już dosyć i chciał dowiedzieć się, czy coś z tego zostało zrozumiane, a Smuga bo… no właśnie, Wilmowski miał szczerą nadzieję, że jego milczenie wywołane było zadumą nad tymi słowami, a nie kolejnym rozmyślaniem nad tym, co mogło być, ale nigdy już nie będzie.

Gdy wreszcie się odezwał, oprócz rezygnacji miał w głosie coś jeszcze. Choć nie spojrzał w górę, by spotkać spojrzenie Andrzeja, w dalszym ciągu było to równie szczere, jak byłoby, gdyby wpatrywał się w niego albo od samego początku mówił jasno, o czym mówi.

- I co dalej? – spytał i w głosie miał ufność.

To już nie było odpieranie jego słów pytaniami, by uniknąć zagłębienia się w temat. To nawet nie był wyraz poddania się. To było prawdziwe pytanie jednego przyjaciela do drugiego o to, co teraz czynić należy. Smuga już mu uwierzył, że może z nim o tym porozmawiać. Spytać go o to, o co chciał spytać od początku.

Czy powinien był tu przyjeżdżać?

- Dalej… jest wiele dróg. Możesz uciekać od tego miejsca przez resztę życia. Nie wymawiać imienia, nie wspominać nic, co się wydarzyło, gniewać się na siebie za każdą chwilę, która ci się z tym skojarzy i wrócisz tu myślami. – Zawiesił głos i zaczekał, by to przebrzmiało i osiadło. By Smuga zrozumiał. – Możesz pozwolić sobie być smutnym z tego powodu. Tak po prostu. Bo jesteś człowiekiem, który stracił człowieka i masz prawo być z tego powodu smutnym. A zamiast tego zezwolenia sobie na smutek, robiłeś dotąd wszystko, by udawać, że to się nigdy nie wydarzyło. – Ponownie, uczynił chwilę przerwy, by Smuga odróżnił rozwiązania od siebie nawzajem. – Możesz też spróbować się z nim spotkać. Porozmawiać. Zobaczyć, jak to przyjmie. Ile te lata zmieniły w jego spojrzeniu na sprawę. Czy zmieniły cokolwiek… i jeśli zmieniły, to czy jesteście w stanie zrozumieć siebie nawzajem. Nie dowiesz się tego, jeśli nigdy się z nim nie spotkasz. Ja ci tego nie powiem, Abeer ci tego nie powie. Jeśli Jusuf zmienił zdanie, wie to tylko on sam. Pytanie, jak bardzo ty chcesz to wiedzieć?

Szczerze nie spodziewał się odpowiedzi. Nie zadawał tego pytania z myślą, że Smuga zastanowi się i powie, czego by chciał.

Dlatego delikatnie drgnął, gdy usłyszał ponury, cichy głos.

- Bardzo.

Wobec tego uśmiechnął się łagodnie. Oparł dłoń na jego plecach i przytrzymał tam, aż doczekał się, by Smuga na niego spojrzał. Miał obojętne spojrzenie, jak zwykle, spokój na twarzy, również jak zwykle. Ale Andrzej słyszał odpowiedź, więc i Smuga musiał ją słyszeć. Musiał się do niej przyznać najpierw przed samym sobą.

- A zatem pojedziemy do niego i zobaczymy, co się wydarzy. – Wobec jego obojętnej miny, uśmiechnął się trochę szerzej. – I jeśli się uda, będziesz winien Abeerowi stadko wielbłądów.

Prychnięcie było słabe i krótkie, ale słyszał je wyraźnie. Smuga wstrząsnął głową z odrobiną rozbawienia. Żelazo w jego spojrzeniu stopniało.

- A jak się nie uda? – spytał, tym razem już na niego patrząc.

Wilmowski przesunął rękę po jego plecach tak, by ścisnąć nią jego prawy bark. Wiedział, że najlżejszy dotyk na lewym wywoływał ból. Wiedział o nim bardzo wiele… nie wszystko jeszcze, ale nie wątpił, że więcej niż którykolwiek człowiek na ziemi.

- To wrócimy do Kairu – odrzekł spokojnie. – I będziemy szukać dalej. Dogonimy Tomka, Sally i Tadka, i znajdziemy z nimi ten przeklęty posążek. A potem albo wrócimy do Hamburga… albo ruszymy w którąś z czterech stron świata. Świat się nie skończy. Będzie kolejny dzień. Wstanie bez względu na to, czy z nim porozmawiasz, czy nie. Bez względu na to, co usłyszysz. Jutro też będzie dzień.

Zamilkł na chwilę, czekając, czy Smuga jakoś się do tego odniesie. Wobec jego milczenia i opuszczonego znów na ziemię spojrzenia pełnego zadumy, Wilmowski spróbował jeszcze inaczej.

Bo wiedział o nim i to, że choć ten człowiek wiedział więcej niż ktokolwiek inny, kogo znał, były pewne rzeczy, które należało mu powiedzieć wprost, by był ich świadomy.

- I jutro też będę tutaj ja. I będzie Tomek, i Tadek, i Sally. Cokolwiek się stanie, my tutaj będziemy. Ja tutaj będę. Tego nic nie zmieni… rozumiesz? – Poczekał na słabe skinienie, bo wiedział, że na kontakt wzrokowy w tej chwili się nie doczeka. Mówił dalej, cicho, z naciskiem ale łagodnie. Wciąż trzymał dłoń na jego barku, mocno zamkniętą w przyrzeczeniu, w razie gdyby słowa były jednak za małe, za trudne. – Nic co mi powiedziałeś… albo nie powiedziałeś… i nie powiesz, albo powiesz mi kiedyś, albo nie chcesz tego nigdy nikomu mówić… nic z tego nie zmieni tego, że ja tutaj nadal jestem. I jestem po twojej stronie. Po to, żeby zrugać cię za brak pomyślunku, wysłać cię do spania, przepisywać twoje notatki i wzdychać ciężko, gdy widzę, jak bardzo mój syn jest do ciebie podobny. To się nie zmieni. Choć doceniłbym, gdyby tego pomyślunku było trochę więcej, nie powiem… - dodał z przekąsem i z ulgą ujrzał drobny uśmiech unoszący kąt jego ust.

- Zrobię, co w mojej mocy – Smuga mruknął słabo.

Wilmowski potarł jego bark uspokajająco.

- A ja nie będę się gniewał, że są chwile, gdy i tak to wszystko będzie na nic. Bo twoja moc ma ograniczenia. I niektóre rzeczy się przydarzą, bez różnicy, czy wyprujesz sobie wszystkie żyły, czy tylko połowę. – Przyjął krótkie skinienie za dobrą monetę, dodał więc jeszcze ciszej. – Więc przestań sobie te żyły wypruwać. Już dosyć, już wystarczy. Nikt nie zrobiłby tego lepiej.

Usłyszał ciężki oddech, który rozluźniająco opuścił i nieco przygarbił mu plecy. Wciąż obolałe po dźwiganiu na nich olbrzymiego brzemienia, nie podniosły się od razu. To nic, Wilmowski nigdzie się nie wybierał. W ostateczności mógł zawsze powtórzyć to jeszcze raz, a nawet parę razy.

Był kiedyś nauczycielem, miał wprawę w mówieniu jednego i tego samego w kółko, aż dotarło do niektórych, zbyt opornych na tę wiedzę głów.

Teraz, gdy siedzieli w ciszy, nie była to już drętwa, wyczekująca cisza. Smuga oddychał spokojnie, a i jemu łatwiej było myśleć, gdy upewnił się, że zrobił wszystko, co należało. W łagodnym, uspokajającym milczeniu patrzyli na spokojną toń jeziora, marszczoną lekkim, ciepłym wiatrem. Różnobarwne ptaki zbierały się w stadka, podlatywały, brodziły w wodzie, nurkowały w poszukiwaniu pożywienia. Nie zwracały najmniejszej uwagi na dwóch milczących łowców dzikich zwierząt, których okrywał cień.

Czas przeznaczony na ich spacer już dawno się skończył i Wilmowski miał świadomość, że Abeer albo już zaczął ich szukać, albo wkrótce zacznie. Nie miał jednak zamiaru pierwszy kończyć tej rozmowy i w jego ocenie, jeśli Smuga tego potrzebował, mogliby tu siedzieć i do zmierzchu, a dopiero nazajutrz ruszyć do wioski. Komary pewnie próbowałyby pożreć ich żywcem, ale nie było to nic, z czym dwaj doświadczeni podróżnicy nie umieliby sobie poradzić.

Na ten czas nie było już niczego, z czym mogliby sobie nie poradzić. Miał nadzieję, że Smuga ten pogląd podzielał.

Nie zostali jednak ucztą dla komarów, posiedzieli jeszcze chwilę w ciszy, nim Smuga pierwszy kiwnął głową w niemym sygnale. Porozumieli się bez słów i bez wahania. Ruszyli wzdłuż palm na leśną ścieżkę, którą tutaj dotarli, koło Cokołów Bihamu. Uszli kawałek, a przed nimi wciąż rozciągały się drzewa, gęstniejące miejscami do prawdziwych zarośli.

Smuga zerknął na niego, ale odwrócił wzrok, nim się odezwał.

- Mogę mieć prośbę, Andrzeju? – Skinienie powinno wystarczać mu za odpowiedź i wystarczyło. Nie wahał się też, mówił tylko trochę ciszej niż zazwyczaj. – Czy mógłbyś, gdy już spotkamy się z resztą wyprawy, nie wspominać o całej naszej rozmowie… ani Tomkowi, ani Tadkowi… ani…

- Nikomu – uprzedził go Wilmowski łagodnie, ale z wielką stanowczością. Ich oczy się spotkały. – Nikomu nie powiem. Bez względu na to, jak się to dalej potoczy, nikt się ode mnie niczego nie dowie. Cokolwiek postanowisz, cokolwiek przyjdzie nam dalej czynić. Cokolwiek mi powiesz o tym, zatrzymam to tylko dla siebie. A i ja sam nic nigdy z tą wiedzą nie zrobię.

To ostatnie było nie do końca prawdą. Bowiem już wtedy Wilmowski był tak w osiemdziesięciu procentach pewien, że jeżeli spotkanie z Jusufem przebiegnie kiepsko i Smugę tylko bardziej to dobije, to on zrobi nareszcie użytek ze swych umiejętności tropicielskich i wróci tutaj po kryjomu tylko po to, by złamać szejkowi nos albo podtopić go w jeziorku. W zależności, jak daleko od Jeziora Karun mieszkał Jusuf.

O tym postanowił jednak Smudze nie wspominać. Może ewentualnie po fakcie.

 

* * *

 

Niemal w tym samym czasie to samo wspomnienie ciążyło innemu człowiekowi. Jusuf Medhat el Hadż, szejk niewielkiej wioski opodal Al-Fajjum, także raz jeszcze ważył wszystkie racje. Był wówczas nadirem jednego z obwodów w delcie Nilu, z urzędu odpowiedzialnym za to fatalne polowanie. Mógł próbować zdobyć się na sprzeciw, choć wiadomo było, że sprzeciw byłby bezskuteczny. Ale wierzył człowiekowi, który miał je poprowadzić. Uznał później, że ów człowiek go zawiódł.

Po wydarzeniu, które rozdzieliło ich skuteczniej niż lata, miał teraz spojrzeć w twarz przyjaźni, odrzuconej niegdyś w geście rozpaczy i pogardy. Czekał na to w rozterce i, podobnie jak Smuga, ponownie ważył wszelkie racje.

Jusuf Medhat el Hadż nie wiedział, jak przyjąć w swym domu dawnego przyjaciela.

Myślał już tylko, że słońce świeciło wtedy tak jak i dzisiaj…

 

* * *

 

Podstawową wiadomością, jaka miała tu znaczenie było to, że z domu szejka było daleko do Jeziora Karun. Za to całkiem blisko płynął kanał nawadniający, dość głęboki i miejscami sięgający szerokości jakichś dwóch metrów, tak więc nie był tak zupełnie zdany na łut szczęścia.

Jako dodatkową informację, odhaczył fakt, że od wczorajszego wieczoru, gdy on i Smuga wreszcie wrócili ze spaceru, Abeer co rusz zerkał na Smugę, jakby bardzo chciał mu coś powiedzieć, ale nie miał bladego pojęcia jak to zrobić, żeby nie zabrzmieć źle albo nie trafić na jego czarną listę. Z miejsca przystał na pomysł dotarcia do wioski dopiero następnego dnia, po przespaniu nocy spokojnie w hotelu. Znał nawet jeden, który serdecznie polecał. Andrzej zaś ucieszył się równie serdecznie, gdy szczęśliwym zrządzeniem losu przyszło mu dzielić pokój ze Smugą i co za tym szło, mieć na niego oko aż do świtu. Nie spodziewał się co prawda dramatycznej ucieczki w świetle księżyca, ale naprawdę pewniej się poczuł, wiedząc, że w razie gdyby przyjaciel chciał wrócić do ich rozmowy albo pomówić o czymkolwiek innym, Wilmowski będzie spał dosłownie dwa kroki od niego.

Od świtu dołączył do Abeera w przyglądaniu mu się, przy czym on akurat czynił to nieco dyskretniej – a przynajmniej taką miał nadzieję – i nie gapił się speszony, tylko zachował spokojne, w domyśle uspokajające spojrzenie.

„Jedno słowo,” mówił jego wzrok, ilekroć napotykał spojrzenie Smugi. „Powiedz jedno słowo i wyniesiemy się stąd tak szybko, że zostanie po nas tuman kurzu na drodze i tyle będą nas widzieli.”

Jeżeli Smuga odczytał tę niemą obietnicę, nie okazał tego po sobie jednoznacznie. On też jako jedyny sprawiał wrażenie człowieka spokojnego i profesjonalnie podchodzącego do sprawy. Abeer na niego zerkał i się stresował, a Andrzej rozglądał się za zbiornikami wodnymi.

Udało im się dotrzeć na miejsce mniej więcej w porze sjesty. Co jednak nie przeszkodziło gospodarzowi w powitaniu ich oficjalnie, w progu domostwa. Był więc doskonale poinformowany o ich przybyciu. I niemal równie doskonale skrył w oczach szyderstwo, gdy powitał tylko jednego z nich grzecznościowym „effendi”.

W razie gdyby ktoś miał zarzucić Wilmowskiemu nadinterpretację, Abeer też wyglądał bardzo nieswojo i już od progu podjął wysiłki prowadzenia rozmowy. Szło mu to jak krew z nosa, zważywszy, że pozostała trójka rozmówców wykazała się zróżnicowanym, ale zgodnym uporem w milczeniu.

Jusuf Medhat el Hadż nawet nie starał się dołączyć do tych wysiłków. Musiał natomiast zauważyć spojrzenie Wilmowskiego, bo szybko zaczął zerkać na niego częściej niż na pogrążonego w milczeniu Smugę. Całkowicie upewnił się, że powinien zwrócić uwagę na nieznajomego z przybyszów, gdy Andrzej odrobinę tylko ściszywszy ton, mruknął do Smugi po polsku:

- Skoro już wiemy, że nic nie wie, możemy iść. Jeśli nie chcesz z nim rozmawiać, kiwnij głową i wychodzimy. Swoje zrobiliśmy.

Został niby to uciszony spojrzeniem, ale Smuga na moment ocknął się z zadumy, w którą popadł, by na niego spojrzeć. Niemal niedostrzegalnie, ale ze zdecydowanym wzrokiem, pokręcił głową. W porządku, Wilmowski wrócił do oceniania wzrokiem otoczenia, gospodarza i co jakiś czas przyjaciela. Czekał, czy rozmowa pójdzie w stronę, którą wszyscy omijali.

Raz czy dwa napotkał mocno zdenerwowane spojrzenie Abeera, który naprawdę bardzo się starał i musiał widzieć, że to nic nie daje. Ostatecznie temat podjął Smuga, czego Andrzej się odrobinę spodziewał mniej więcej odkąd zobaczył, z jak upartym spokojem patrzył na nich szejk.

- Minęło kilka lat, odkąd opuściłem ten kraj.

Obserwował uważnie, jak zmieniła się mina Jusufa. Zawahał się.

Wilmowski spędził zbyt wiele lat w otoczeniu ludzi maskujących swoje uczucia, by nie dostrzec teraz drobnego pęknięcia w spokoju szejka. Jego spojrzenie uciekło na Abeera i ten albo spoglądał nań bardzo błagalnie, albo bardzo motywująco, w każdym razie Jusuf podjął trud konwersacji.

- Pamiętam – odrzekł, dostosowując się do rozmowy po angielsku.

Mogliby przejść na arabski, Wilmowski zrozumiał. On jeden tutaj nie zrozumiałby wtedy rozmowy, a skoro tę zaczął Smuga, musiał to być jego świadomy wybór, by pozostawić przyjaciela wtajemniczonego. Doskonale, bo w przeciwnym wypadku musiałby prosić Abeera o tłumaczenie na bieżąco, a to mogłoby wprowadzić lekkie zamieszanie.

- Wezwał mnie brat. Umierał.

Niby się spodziewał, ale słysząc tak szczere i proste wyjaśnienie z ust Smugi, zerknął na niego z odruchowym namysłem. Zatem nie będzie omijania tematu i mówienia o liście i wyprawie do Indii. Powiedział, jak było. Umierający brat na drugim końcu świata.

Tym razem Jusuf wahał się jeszcze dłużej, ale już nie szukał podpowiedzi u żadnego z nich. Jego spojrzenie utkwiło się w Smudze. Nie było w nim już ani śladu drwiny. Smutek, tak, ale mocno zdystansowany. Ostrożny.

- Wiem, co to znaczy, gdy umiera ktoś bliski. I niespodziewanie.

A więc jednak. Wilmowski nie przejmował się już zupełnie, że spojrzał na Smugę w jawnie oczekujący komunikacji sposób. Chciał wiedzieć, co w takim wypadku ten zamierza zrobić. Przeprosić? Wziąć winę na siebie? Zacząć się tłumaczyć?

- Wiemy więc obaj.

Jeśli jego słowa zaczęłyby zmierzać w którąkolwiek z tych trzech opcji, Andrzej był gotów zakończyć rozmowę od razu. I za nic miał prawa gościnności, dobre maniery i inne detale, którymi mogli się martwić ludzie nie znający smaku ryzyka tak dobrze, jak on. Albo będą rozmawiać normalnie, albo wcale, bo on nie będzie tu tak po prostu siedział i słuchał, jak Jusuf kręci rozmową tak, by skłonić Smugę do uznania swojej winy za coś, co jego winą nie było.

Naprawdę miał chęć spytać Abeera, po czyjej ten jest stronie, gdy usłyszał jego łagodny, niemalże uspokajający głos.

- Wasze serca drżą. Niech rozmowa złagodzi ich drżenie i będzie kojącym balsamem na rany. Zostawimy was samych.

Jeśli chciał wyjść, mógł po prostu iść! Wilmowski nigdzie się nie wybierał. Nie miał najmniejszego zamiaru. Zignorował ponaglające go, wręcz błagające o porozumienie spojrzenie. Dopiero krótkie skinienie Smugi skłoniło go do wstania. No dobrze, jego zdanie szanował.

Co nie znaczy, że je podzielał!

- W zasięgu głosu – mruknął po polsku, nim ruszył do wyjścia.

Abeer wciąż patrzył na niego, oczekując współpracy. Mógł sobie jej oczekiwać, Wilmowski w dalszym ciągu nie uważał tego za dobry pomysł. Mogli sobie porozmawiać po arabsku, skoro tak, a Abeer mógł wyjść. Albo mogli zostać wszyscy, skoro on wiedział i Abeer też musiał wiedzieć przynajmniej tyle, co on, skoro wychodził z siebie, by do tej rozmowy doprowadzić.

Wiedział na pewno.

Słowem nie podsumował tego, co zaszło, tylko ledwie wyszli z domu szejka, zaczął mówić o konopiach. Wilmowski przez moment przyglądał mu się z niedowierzaniem. Niepewien, czy Abeer chciał zagadać jego, czy własny niepokój, w pierwszej chwili nic nie powiedział. Tylko zdecydowanie zatrzymał ich przechadzkę wzdłuż kanału, gdy oddalili się trzydzieści kroków od domu. Okręcił się na pięcie i ruszył z powrotem.

Abeer dogonił go, rzucając mu nerwowe spojrzenie. Na moment urwał wywód o uprawie konopi, ale tylko na moment.

Zrobili trzy takie rundy, po trzydzieści kroków w każdą stronę i z powrotem, nim Wilmowski się zniecierpliwił.

- Panie Abeer, ani ja pana nie słucham, ani pan sam siebie nie słucha. Czy możemy po prostu stać, martwić się w spokoju i wpatrywać się w ścianę? Nie będę miał wtedy wyrzutów sumienia, że pana ignoruję.

Abeer stropił się wyraźnie, na moment zupełnie zamilkł.

- Martwi się pan? – rzucił wreszcie bardzo ostrożnie.

- Mhm. – No nie on jeden, ale to może było tylko jego skromne wrażenie.

- O co? – z głupia frant spytał Abeer.

Zważywszy, że Wilmowski już od dobrej chwili stał i wpatrywał się w drzwi domostwa szejka Jusufa Medhat el Hadż, sprawa powinna być raczej oczywista. Doceniał jednak zapamiętanie Abeera w swej roli i jego determinację w niezdradzeniu niczego, co wiedział i co nie wiedział, że Wilmowski wie. Bardzo to doceniał, bo to znaczyło, że Abeerem martwić się nie musiał.

- O przyjaciela.

Gdyby się nie martwił, pewnie nawet by go to bawiło, że na te słowa Abeer zaczął mu się jeszcze uważniej przyglądać, udając, że wcale mu się nie przygląda. Najwyraźniej usiłował wywnioskować z postawy i miny Wilmowskiego, czy ten coś wiedział, a jeśli tak, to ile. Nie dostawszy od Smugi instrukcji co do wtajemniczania kogokolwiek, Wilmowski zamierzał milczeć jak grób, tak więc Abeer dalej patrzył i wnioskował, i tak sobie czekali przed domem. Pięć minut. Dziesięć. Piętnaście.

Jasna cholera. Przy dwudziestu zaczął łazić w kółko, co rusz zerkając na drzwi.

Nie znosił bezczynnego oczekiwania na efekt czegoś, co było dla niego ważne. Już chyba wolałby nie wiedzieć wcale, że rozmawiają, niż wiedzieć i czekać, i nie móc nic począć. Musiał coś postanowić, nim go krew zaleje. Postanowił. Jeśli minie trzydziesta piąta minuta stania przed domem i dalej nic się nie zmieni, wróci do domostwa. W razie czego przeprosi. Lepiej przepraszać niż potem żałować.

W dwudziestej siódmej minucie czekania Abeer syknął na niego. Nie było w jego tonie lęku, ale dłoń Andrzeja i tak automatycznie powędrowała na kaburę u jego boku. Jego spojrzenie natychmiast odszukało w drzwiach najpierw przyjaciela, potem dopiero szejka. Smuga coś mówił. Nie wyglądał, jakby było źle… ale on nigdy tak nie wyglądał.

Właściwie bezwiednie przebiegł w myślach całą listę. Ramiona rozluźnione, dłoń daleko od kabury, brwi niezmarszczone, spojrzenie… w porządku, mógł się uspokoić, bo Smuga się uśmiechał. Jeszcze nie jawnie, ale oczami już tak. Jusuf zaś uśmiechnął się naprawdę, czemuś przytakując, gdy pogrążeni w rozmowie, skierowali się do wielbłądów.

Chyba ich nie zauważyli. Albo uprzejmie ignorowali ich mało kulturalne gapienie się na nich.

- Może teraz posłucha pan o konopiach? – Abeer kiwnął na niego głową.

Wilmowski posłał mu zrezygnowane spojrzenie.

- Nie. Najpierw chcę wiedzieć, jak poszło.

- Ja też, ale nic nam nie powiedzą, jeśli dalej będzie się pan tak gapił!

- Pan też się gapi.

- Nie możemy gapić się obydwaj!

Wobec własnej deklaracji, Abeer odwrócił się bokiem, by patrzeć na niego, gdy mówił. To miłe, że sam zaakceptował swój los, bo Andrzej nie miał najmniejszego zamiaru się odwracać.

I dobrze, bo wówczas przegapiłby na pewno moment, w którym Smuga parsknął cicho i patrząc prosto na niego, machnął do nich przyzywająco ręką. Całe szczęście. Wilmowski mruknął tylko na Abeera, że o konopiach pogadają kiedy indziej i ruszył ku nim pospiesznym, ale usilnie nienerwowym krokiem. Spojrzenie Jusufa oceniało go i tak przez całą drogę, ale zamiast się zachmurzyć i rozgniewać, rozjaśniło je rozbawienie.

Zupełnie jakby wcześniej nie zostali sobie przedstawieni, powitał go skinieniem głowy. Doskonale, bo dopiero zerknąwszy uważnie w twarz Smugi i nie widząc na niej powodów do obaw, Andrzej Wilmowski mógł ze spokojem w myślach uścisnąć mu dłoń.

Wyglądało na to, że obejdzie się bez topienia szejka w rzece za domem.